Krystyna W.

Nieograniczona, wyimaginowana. Ledwie widoczna ponad dachami strzelistymi, deszczem zalanymi. Wypatroszona słowem, spalona spojrzeniem. Natchniona i wypchana jednocześnie. Upuszczona na podłogę jeszcze mokrą. Potraktowana wrzątkiem kłamstw na otwartą ranę. Wydrylowana kolejnymi aneksami do umowy. Wpleciona między zdania korporacji. Jaka jeszcze jestem? Powiedz, wiesz najlepiej, namocniej czujesz i znasz mnie.

Upatruje w sobie aktu dobroczynności dla ludzkości. Zwykle, przeciętnie i codziennie oddycham tak samo, dzisiaj jednak oddycham głębiej. Zniweczono mój plan. Niczym rozkapryszona dziewczynka, której zabrano ulubioną laleczkę, łkam. Sprawa jednak wymaga interwencji prokuratury, sądu i innych. Co ja mogę, no co ja mogę?

Upaść czy dać się dalej ze schodów zrzucać?

NIE/DROGI

Umywam ręcę od czynów zadanych tej kobiecie. Odrywam się kawałkiem materiału od jej sukni splamionej nasieniem mężczyzny niegdyś mi dobrze znaznego. Uciekam od spojrzenia, oddechu i dotyku. Odpycham od siebie myśl o waszej śmierci. Nie stało się.

To był nie drogi hotel. Nie drogie drinki. Mało wygórowane miała oczekiwania. To było w połowie tygodnia. Nie domyśliłam się niczego. Doprawdy? To było gdzieś po 18:00. To było na szybko. Bez uczucia, jedynie pierowtny instynkt i suchość krocza. To się stało.

Płakałam całe dwie minuty. Otrząsnęłam się. W samochód wsiadłam. Szybkie ruchy ramion, nadgarstka i lekka doza szaleństwa mnie zalała. Umarłam razem z nimi. Tam na pościeli z promocji bazaru chińskiego. Rozlałam się po panelach z czasów Gierka. Odeszliśmy razem.

We trójkę w niedrogim hotelu skończył się nasz scenariusz.

W/DECH

I skończył się zasób słów bezużytecznych, marnych, żadnych. Sponiewierana kłamstwami przyklejam nos do szyby zimnej. Spadł deszcz. Kawałki rozerwanej duszy gdzieś w brudnej piwnicy zasypane stertą rachunków podatków i codzienności. Wyrwane serce kotu na posiłek oddałam. Wdech i wydech. Kawy już nie dopiłam, wymamrotałam na infolinii, że zamawiam ten wspaniały mikser o kosmicznej prędkości, który miażdży nawet kostki lodu. Zmiażdży mnie samą w jednej sekundzie? Tak, żebym nie czuła i nie szukała pomocy?

I wytrwałam jedynie do końca rozdziału, sama nawet nie wiem, który następuje po sobie. Wciąż jednak czuje, chociaż czuć nie potrzebuje, to mnie niszczy i trawi od środka. Pisać.

Muszę pisać i wyrzucać z siebie skrzepy zaschniętej krwi. Strupy ze mnie wypadają. Czekać na kuriera z super mikserem czy strzelić sobie od razu w łeb? Podobno ludzie czasem przeżywają, co wtedy? Będe wić się po podłodze, jeszcze matki ulubione zasłony w sypialni zabrudze. Co wtedy? Muszę wylogować się zewsząd, zmienić hasła, dodać uposażonych do kont. Spisać coś może na karte jeszcze muszę, ale właściwie co? Żeby tylko nie zabrudzić matce pościeli, tej ulubionej – satynowej z przeceny za 99,99zł z niebotycznej 299,99zł!

Jaką sukienkę włożyć? Całkowicie bez odzieży pozbawić się ostatniego oddechu? Makijaż nałożyć na skórę? Spalą mnie czy taką „jak bozia stworzyła” do dziury chłodnej ziemi wrzucą? Sama nie wiem: sznurek, broń palna, trucizna czy może wstrzymać oddech?

I cholera, wciąż czuje, chociaż czuć nie chce? Czy to wola życia zapisana w naszym DNA? Powiesz: Pogubiłaś się. Będzie dobrze. Nie zamartwiaj się. Uśmiechnij się. SIĘ!

Wdech, wydech. Chciałabym przestać istnieć w waszej wyobraźni jako ktośdoskonały, nieskazitelny i błogosławiony. Chciałabym, z szacunku do wszystkich istnień ludzkich nie być. Zniknąć. Przestać pompować krew, osocze i wszystkie komórki rakowe we mnie bytujące.

I co dalej?

NAJ/LEP/SZA

Na muchy!

Rozhwiana, ledwie widoczna, nieco rozmazana i niedoceniona. Ledwie wychylam głowę ponad warstwę toczących się wojen w głowie, by po chwili otrzymać siarczysty policzek od codzienności. Jakim jestem człowiekiem, jakim jestem stworzeniem skoro nie potrafię obronić samej siebie przed zderzeniem przed światem? Parchatym i parszywym światem.

Zdecydowałam, jutro umrę według własnych zasad. Dlaczego ktoś (kto?) ma decydować o moim nieistnieniu? Dlaczego mam przestać oddychać na zawołanie? Dlaczego nie mogę złapać strumienia światła? Dlaczego nie potrafię pod wodą żyć jak cudownie mieniące sięryby? Dlaczego pytam i wciaż nie znam odpowiedzi? Dlaczego jestem takograniczona, że nie dostrzegam banału fizycznych zjawisk? Dlaczego tak? I dlaczego nie!? Dlaczego?

Zbyt szybko dzieje się. Zbyt szybko obumierają moje komórki. Niszczeją więzadła i zrywają się wiązania neuronowe. Codzienie mocniej umieram, chociaż umrzeć chciałam według wałasnego uznania i scenariusza. Chciałam też upiec ciasto i wywiesić pranie. Na nic zdały się moje plany – wszystko spleśniało w pralce i piekarniku. Każdy z osobna. Wszystkie w jednym, puszystym uniesieniu kołderki o zielonkawej barwie i nieprzyjemnym zapachu, który wżerał się do nozdrzy. Wszystko to i nic.

Istnieję?