03:30

Pomiędzy wyrwaniem z kontekstu a doprawianiem obrzydliwej pomidorowej uśmiadomiłam sobie, że nie jest istotne czy w Sejmie Czytanie Poprawki numer 23 odbędzie się późną nocą czy też wcześnie rano – chuj mnie to obchodzi właściwie. Tak. W zasadzie to jednak chuj mnie obchodzi i nie interesuje. Wyłączyłam więc natrętnie piszczącą transmisję z zagrody na Wiejskiej.

Pomiędzy lekkim zdumieniem a całkowitym niezrozumieniem bezsensu rozdzielania prania na czarne, bardziej czarne i praktycznie białe odnalazłam sens istnienia tej trzeciej komory w szufladzie pralki – odnalazłam i ucieszyłam się, że jednak nie jestem taka kretynką za jaką mnie mają w korpo-klatce. Jestem inteligentna. Dostatecznie. Na tyle ażeby wdusić guzik i przyglądać się wirującej odzieży w bębnie urządzenia piorącego.

To było między 02:00 a 14:00. W zasadzie nie spostrzegłam, że nie oddycham. Właściwie to nie miałam na celu skrzywdzenia kogokolwiek. Siedziałam po prostu na brzegu niczego i wszystkiego. Zamyślona tak zapomniałam nawodnić organizm. Zapomniałam istnieć. Umarłam więc.

Na chuj mi wszystkie te słowa. Te brudne myśli i troski mało kolorowe? Nie biorę nic. Nie piję. Nie wbijam w ciało igieł. Nie szprycuje się chemią.

Tylko ten bełkot zewsząd doprowadza mnie do stanu oszołomienia. Zbiera mi się na wymioty! A nie, przepraszam. Wymiotuje to Księżna z [jukej] UK. JA po prostu tym wszystkim i wszystkimi rzygam jak alkoholiczka.

Właściwie nie wiem co ma sens a co nie. Potrzebowałam egoistycznie wylać z siebie kroplę goryczy, która przelała się właśnie dziś.

Cześć.

po/co

Gdzieś pomiędzy piątoszóstą mrugnęłam znamiennie powieką. Jestem ciężka. Nad wyraz zmęczona. Przeciążona.

Ledwie zaczynam, a już mi się nie chce. Wypuszczam powietrze, jednak wciągać mi się nowej dawki w płuca się nie chce. Właściwie, wszystko mi jedno.

Widzę bezsens.