banał.

Krztusiec. Wrzody. Może gruźlica. Tężec. Odma. Sepsa chociażby.

Hordy kłamstw przelane na papier już nieco pożółkły. Ona mlaszcze ponad stan.

Upiec chleb, wytrzeć kostki od mułu bredni Twoich codziennych. Ona sapie.

Krztusiec niechże wedrze się za drzwi. Niech ona nie kryguje. Oni parzą się.

Szyby, nut niejako powleczonych na jej zbyt wysokich tonach ułomności.

Prawdy chce, głodu zaznać już nie mogę. Niechaj zabija nas czasu strumień.

Tyle tego. A martwy od kropli goryczy w tchawicy. Pech.

zepsuta.

Zmierzam ku końcowy. Jak my wszyscy, przechadzam się po linie, która kołyszę się tuż nas lawą pełną hien, padliny, niemocy, zwątpienia i śmierci. Spadnę czy nie spadnę.

Dziś mam nadmiar. Dziś przesyt mam w głowie. W sercu raczej kołatanie i palpitację lecz do tego stanu jestem przyzwyczajona [przyczajona].

Czuje się zepsuta od środka. Jak gdybym gniła i nie mogła tego zmienić wcale, w ogóle. A przecież jestem królową własnego życia. A jestem?

Literówki mam w dupie, raczej chodzi mi o bezsens i trwogę z jakąodczytuje każdy kolejny dzień. Czy to normalne, że czuje codziennie śmierć zbliżającą się do mnie? Co to znaczy?

Myślę, że odejdę. Wiem, że odejdę. Nie, żebym chciała ale widzę, że ubywa mnie po trosze.

Co się dzieje?

wzruszona.

Jestem tak jakby wzruszona. Nie, że do łez. Nie, że też do rozpuku. Wzruszona. Normalnie wzruszona. Jakby to powiedzieć – przeciętnie i w sorcie polaków tych pod kreską.

Nie będę rozpisywać się o polityce. Nie będe też o sobie. Mówię wszystkim i nawet sobie, że lepiej nie mówić, nić mówić wypuszczając z ust gówno.

Jestem opryskliwa, no przepraszam.

Się wzruszyłam.

skończona.

Zmęczenie. Przesladująca myśl która wżera się kwasem sirakowym w czaszkę. Ropalone wiertło w trybie udarowym [udaru?] przechodzi przez krtań by ostatecznie utknąć w żołądku.

Zmęczenie. Stany już nie depresyjne – cóż za modne brednie. Ja jestem zmęczona. Całkowicie i beznadziejnie przeżarta przez codzienność. Do szpiku kości. Rozdarta jestem.

Projekty. Najważniejsza jest kariera. Mantra: chajs, chajs, chajs. fit, fit, fit.

Żenujące. Och, jaka ja niepogodzona z losem.

Żenujące, kończę.

klaps.

Już. Już prawie. Jeszcze zdanie, może dwa. Cały czas projekty. Projekty. Nie mam czasu zrobić sobie herbaty. Nie mam czasu na nic. Trywialne pierdolety.

Jestem u siebie a jakby nie u siebie. Nie mam przecież czasu się rozejrzeć!

Chyba ucieknę. Szukam innego miejsca w sieci.

być.

Jeżeli ktoś, kokolwiek zastanawiał się kiedyś jak to jest nie być, albo być jedocześnie nie będąc, to mam odpowiedź. Spójrz na mnie i od razu zrozumiesz jak to jest być nikim.

Mam się ogarnać, więcej uśmiechac, znaleźć power i iść do przodu. Nie w bok, nie do tyłu – do przodu. Kiedyś myślałam, że chce jednak zrobić na złość – cofać się do przodu. Nie.

Mam poczucie, że zmarnowałam samą siebie i jestem niegodna by spojrzeć przechodniowi na chodniku w oczy. W oczy?! Nawet rzucić spojrzeniem na psa czy gołębie brudne, zasyfione.

Jestem niegodna. Skoro zatem niegodna to po co oddychać? Własnie dostałam SMS: „Lenka, kiedy rodzimy dzieci?!!”

Mam dość.

ponieważ. że nie.

Ponieważ, że nie. Ponieważ, poniekąd jednak nie nadajesz się. Kochanie, wynieś śmieci zanim zasmrodzą nam całą chałupę. Zlęknięta. 0, jakież ona ma piękne oczy.

I powiedz sam – w którym momencie swojego marnego życia zdałeś sobie sprawe, że przywarłeś do mnie pasożytjąc namiętnie? Ponieważ, że jednak nie do końca to jest to.

I zrywam zakrwawione prześcieradła z brudnego strychu strachu. O, to jest dobre. Popatrz jeszcze troszeczkę bardziej w pawo. Albo nie, w lewo popatrz. Mądre oczy. Szerzej! [szmato].

Jak w filmie wszystko idzie gładko. Noc w minutę, dzień bardzo długi. I szmata na kolanach obolałych od kłamliwych obietnic pod dywan zamiecione. Szmata zielonooka. Szmata drobna.

Ponieważ, że nie. Nie nadajesz się. Pisanie nie jest domeną kobiet. Dziękujem pani [przez małe p]. Nie jesteśmy zainteresowani, odezwiemy się.

A spierdalajcie.