kres.

Czuje, że chce mi się wyć. Szukam bodźca, ledwie punktu zapalnego by wubuchnąć niczym Wezuwiusz, Etna. Dlaczego? Nie wiem. Nagromadziłam w sobie wiele dobrego, wiele też złego. Zaszpachlowałam i zagipsowałam wiele rozterek wewnątrz mojej osoby. Skrupulatnie zamiaam pod dywan własne istnienie i poczucie człowieczeństwa. Wiele sobie obiecuje z myślą, że przecież nie kończę jeszcze zdania, a już wiem, że to kłamstwo. Dziecinada. Zabawa w kotka i brak myszki. Jednoronna satysfakcja. Upadlam się. Umniejszam. Pozbawiam się godności i zrozumienia.

Jednak dziś jestem u kresu sił. U kresu wszystkiego i wszystkich.

Chce mi się wyć. I tutaj, zwykle, na pewno bym zakończyła wpis. Treść, która daje mi poczucie jednak jakiegoś spełnienia. Pozwala jednocześnie jeszcze oddychać. Zupełnie jak w chwili gdy na filmie akcji główny bohater zanurza się w wodzie w nadziei, że ukryje się przez go ściagającymi i do tafli wody brakuje centymetr, może dwa. To właśnie tak mam. Jestem zanurzona w bełkocie i bezsensie a mimo to nadal wydętymi ustami nad linią śmierci próbuje złapać ostatni oddech. Czujesz tę ciężkość?

Wypiłam kawę. Kawy mi nie wolno. Posprzątam mieszkanie i chyba się rozpłaczę. Pozwolę sobie na ten akt słabości. Albo, albo. Zwariować i dać się zamknąć lub wyryczeć się jak małe dziecko.

To trudna decyzja.

prędzej.

Wymyślone, wyuczone, wybielone, wytrawione. Wyzbyte z ludzkości. Wszystko miazga, wszystko odchodzi od kości. Szybko, prędko, prędzej. Drzemka, letarg szans.

Z ram nie pozwala mi wyjść, do ucha szepcze, jadem usta smaruje. Poddusza mnie co noc, wypycha pychą, trocinami kłamstw karmi. Pod paznokcie wbija ostrze grzechu. Brak snu.

Pstryknij, odepchnij od siebie raz jeszcze. Białej sukni łzami skazę  znów spiorę. Nie poskarżę się do boga, nie złożę do modlitwy rąk. Deficyt śniców, drgawek.

Zaciśnij pięść.

 

Pył.

Tak długo jak tylko mogę – oddycham przez usta pełne pokruszonego szkła.

Tak długo jak wytrzymam – nie puszczę liny zaplecionej w skostniałe dłonie.

Jeśli tylko zdołam – odepchnę krzywdy na Ciebie spadające, miażdzące.

Obiecuję, że już zawsze będę spoglądać w dal z uśmiechem – z ram zdjęcia będę.

Przyrzekam, że pozostane na długo w pamięci kolejnych pokoleń, w miłości.

Dziś nic się nie stało. Dziś dzień jak codzień. Zamykam oczy, wstrzymuję oddech.

Jedynie czego się boję, jedyne co krępuje i przydusza – świadomość Twojego bólu.

Umieram.

nić.

Tęsknie, do samej siebie, do nieodgadniętych treści.

Do Szymborskiej, Wojaczka i Grudzińskiego, tęsknie.

Jakby słowa już wszystkie wypowiedziano, napisano.

Jak gdyby emocji spranych ciężary ludzie dźwigali.

I wersy blade, przecinki zmurszałe, uczucia wytarte.

Do romantycznych chwil, pięknych oczu, pachnącej trawy.

Tęsknie. Codziennie tęsknie. O, jakże proste myślenie.

Nitka myśli się kończy, gubię pod nogami grunt.

Jeszcze tęsknie?