Znasz mnie.

I zapadłam się. Wzruszona samotnością w obecności wielu innych jakże pokrzywdzonych przez los okrutny – zamarłam jak schłodzona stal szlachetna. Nie, nie jeste dobra w tym co robie, nie upatruję w sobie wzniosłych możliwości. Nie, nie stać mnie na lepszą wersję samej siebie. I zapadłam się ponownie. Szlochając do środka, utopiłam duszę w słonych łzach i krzyku łączonego z panicznym strachem, że przecież to już koniec mnie samej.

I chciałabym się odbić od dna bezkresnie niejasnego, mglistego i zbyt wilgotnego. Chciałabym, jednak ciąży mi poczucie trywialnego niespełnienia, wykluczenia, pogardy.

I co zrobić mam byś istnienia mojego już nie dostrzegał? Po co mi wszystkich oddechów suma? Po co mi świadomość trzymana kurczowo w zaciśniętej dłoni skłonnej do rozerwania serca na strzępy? Po co mi lustro w pokoju pełnym słów zniewolenia? Po co mi sukni kolekcje – tych jedwabnych, najlepszych? Po co mi instrumenty których obsługi już wcale nie pamiętam?

I znów spadłam. W spadaniu jestem naprawdę dobra. Upajam się zwątpieniem. Upatruje w sobie ponownie cierpienie. I nie, nie jestem dobra w żadnym z zawodów wykonywanych. Nie potrafię sama od siebie ucieć. Przecież to nie takie trudne by po prostu przestać istnieć. Och, depresja pod pudrem, kremem na zniewelowanie zaczerwienień, przyjemnym zapachem zakupionym w jednej z promocji sklepów internetowych.

I zapadłam się. Zmieniłąm punkt widzenia. Zwątpiłam, że kiedyś zdołam wyjśc z nory wciąż się zapadającej, zatęchłej.

Spokojnie. To tylko alterego. Wszystko jest dobrze. Potrzebuje tylko trochę się wyżalić. Wypłakać suchymi łzami. Wymodlić do boga nieistniejącego.

Dziękuje, że jesteś.

A muzyka.

Wszystko staje się nieco bardziej kralowe gdy słysze melodię w ucho. Gdzieś tam splata się ona z moją myślą. Gdzieś tam na dnie duszy miesza się z krwią. I już. Już jestem inna.

Ktoś mi powiedział, że przecież dobrze jest gdy jest dobrze bo jest dobrze jak jest dobrze. Zasępiłam się. Prawda to? Filozofka ze mnie żadna. Coś tam myślę. Coś tam czuje.

A muzyka nieprzerwanie gra i dudni mi w czaszce. Cholera, zawsze jest tak, że jak tylko skupiam dłonie nad klawiaturą to przechodzi mi potrzeba pisania. Jestem żadna.

A muzyka gra. 48:09 minut pykania o sufit moich myśli.

Anty|de|press|ja

Jadę. Po co mi on, po co mi to wszystko. Na co, jak to, gdzie to niesie mnie? Do centrali gdzie animozje, gdzie wariatki do słoików po musztardzie wlewają ocet. Gdzie to mnie wiedzie, gdzie zakręca paradoksów droga pochlebstw? Jak długo wytrzymam na bezdechu? Bez oddechu jak długo jeszcze?

Jadę. Po co on mi, po co wszystko to [na co?]. Co to, kto to, jak to możliwe, że zabawia się cudzym kosztem? Dlaczego ubarwia jej suknie łatką ścierwa? W szufladzie dogmaty spianych jej lęków kartki żółte. Dogorywam przecież jak uschnięty paproci kwiat. Mamrocze mi w głowie. Syczy.

Anty na wszystko. Deklaracja spisana. Przyciskam guzik. Oto jestem.
Wypatroszona, spłukana, doszczętnie strawiona.

Jadę.

raz. dwa. pięć.

Mam chęć na rtęć. Mam potrzebe zepchnięcia z przepaści, wylania wrzątku na serce – ranę otwartą. Mam prośbę, mam groźbę. Hejże, ejże, tychże. Też, wspinał się po wieży jeż.

Mam chęć na pamięć. Mam umorusane, upaćkane w bełtach Twojego codziennego spazmu dłonie. Mam jeszcze suknie ślubną. Mam jeszcze tamtą bieliznę. Mam jeszcze otwarty łuk brwiowy. Mam to wszystko pod pergaminową skórą. Mam żyletek rdzawych myśli po sotkroć w głowie.

I balkon mam jeszcze. I wychodzę, oddycham brudnym Wałbrzyskim powietrzem. Kawę piję. Nie, że smaczną. Tą tanią. Nieprawdziwą kawę. Wszystko jest nieprawdziwe. Wszystko czeka na podmuch oddechu o smaku wina taniego. Wszystko lepi się od zaschniętej krwi na ścianach. Wybroczyny, a i owszem – zatuszowane. Pani kurator pod drzwiami nieco wcześniej niz zwykle. Zjawa. Poprawia garsonkę za 49,99zł z jednej z sieciówek – wiem, bo widziałam na witrynie sklepowej. Widziałam. Lizałam i smakowałam wtedy wysięk ropny z naciekiem do gardła. Pamiętam doskonale skrzepy opadające na dno żołądka. Oj tam. Nocna libacja z gwałtem nad ranem. Nic trasznego, żadnych nowości. Prowokowałam. Prowokowałam?

Mam chęć na rtęć. Fascynacja srebrzytymi kuleczkami. Niech płyną w żyle. Niech wieść o idiotce, która za męża ma prokuratora zabiła się.