popłomyk.

Bujam się. Bujam. W zaostrzone końce kolczyków się wtulam. Zgarbiłam się.

I skóra nazbyt blada nieco pokruszonych szkieł oczy. I gdzie jest tamta dziewczyna? Gdzie jest kokaina? Odrętwiałych koniuszków dziesiątki u rąk jego skostniałych. Takie tango dla dwoja – we dwoje, a proszę, on jednak samotnie do sedesu łka. Ballada na dwa. Mnoga ciąża.

I bujam się panie doktorze. Rozgryzam z ochotą skorupiaki pełzające po mej twarzy zapadniętej od uderzenia grzechu. Umorusana w przebrzydłe modlitwy nastrajam się na lepsze jutro, momentalnie gorsze wczoraj. Bujasz się?

I czekać już nie chcę, nie muszę. Zagłodziłam ją w sobie. O SO BN O żyjemy, kleimy się do siebie jedynie w poczucu zniewolenia. Tak, wzięłam dzisiaj kapsułki.

I bujam się. Klekocze w mojej duszy zawias urwany do drzwi szafy. Tej szafy. Bawiłyśmy się tam kukiełkami na palce zaciągane. Kukła jest. Jedna. Dziwność panie doktorze.

Bujamy się raz po raz. Spaliłam wnętrze.
Sopieliłam linie życia. Złamałam kości.

I kto mi wyjaśni na czym polega różnica między granicą dobra a poczuciem krzywdy?

mną.

Ukajam się. Taplam i zachłytuję. Awizo do mnie kostucha wysyła. Wycieram z przejęcia krople potu. Odbicie lustrzane zakrzywione. Ukajam sie. Kicham. Prycham. Drążę i dążę.

Bezsens mną jest.