POKŁOSIE

zabiłam w sobie pasje.
zamordowałam twórczość.
wykarczowałam ostatnie źdźbła.

na śmierść.

TRANSKRYPCJA

Powoli, ledwie ostrzem o skroń. Nakarm mnie cierpieniem za dwóch, wypatrosz z bezsensownych oskarzeń i marzeń. Daj mi więcej, jeszcze mocniej kopnij w twarz.

Bezszelestnie wsuń palce do krainy zakazanej. Promieniem bezdechu wypełnij mnie całą. Daj mi więcej, traktuj jak zabawkę porzuconą przed laty. Chce być tylko Twoja.

Pod skórę powietrze wtłocz. Niech spuchnie mej nikczemnej wizji świata mrzonka. Niech nasyci mnie kwas jadowitych spojrzeń, okaleczających igieł pogardy ludzi mi znanych. Przecież to lubię, przecież tak się bawię. Tylko się bawię. Przecież upatruje w tym artyzm.

Powoli, ledwie wrzątkiem kropel bombarduj najwrażliwsze partie martwego już ciała. Nie oddycham, nie poruszam kończyną. Rób, twórz ze mnie dzieło sztuki. Jestem posągiem!

W opisie wytworu wyobraźni zanotuj, że chciałam, że błagałam, że konałam i piszczałam. Zapisz, że chciałam, pragnęłam, serce wyrwałam. Tego chciałam śpiewa kiedyś jedna taka…

Już sama nie wiem gdzie jest granica.

Pomóżcie mi!

podwójny.

Jak to jest być mną? Jak to jest kontrolować myśli, oddech spłycać, paznokcie na ostro dogryzać? Jak to jest śliną do żołądką wpadać? Jak to jest wraz z cebulkami włosów na kafle łazienki nazbyt małej spadać? Jak to jest w żyłach światło zmniejszać? Jak to jest krwawić do wewnątrz, jak dziurę w zębach trawić? Jak to jest patrzeć oczami cudzymi, smakować potrawy obiadu obcych ludzi?

Jak to jest być mną? Jak to jest nie być sobą?

popłomyk.

Bujam się. Bujam. W zaostrzone końce kolczyków się wtulam. Zgarbiłam się.

I skóra nazbyt blada nieco pokruszonych szkieł oczy. I gdzie jest tamta dziewczyna? Gdzie jest kokaina? Odrętwiałych koniuszków dziesiątki u rąk jego skostniałych. Takie tango dla dwoja – we dwoje, a proszę, on jednak samotnie do sedesu łka. Ballada na dwa. Mnoga ciąża.

I bujam się panie doktorze. Rozgryzam z ochotą skorupiaki pełzające po mej twarzy zapadniętej od uderzenia grzechu. Umorusana w przebrzydłe modlitwy nastrajam się na lepsze jutro, momentalnie gorsze wczoraj. Bujasz się?

I czekać już nie chcę, nie muszę. Zagłodziłam ją w sobie. O SO BN O żyjemy, kleimy się do siebie jedynie w poczucu zniewolenia. Tak, wzięłam dzisiaj kapsułki.

I bujam się. Klekocze w mojej duszy zawias urwany do drzwi szafy. Tej szafy. Bawiłyśmy się tam kukiełkami na palce zaciągane. Kukła jest. Jedna. Dziwność panie doktorze.

Bujamy się raz po raz. Spaliłam wnętrze.
Sopieliłam linie życia. Złamałam kości.

I kto mi wyjaśni na czym polega różnica między granicą dobra a poczuciem krzywdy?

mną.

Ukajam się. Taplam i zachłytuję. Awizo do mnie kostucha wysyła. Wycieram z przejęcia krople potu. Odbicie lustrzane zakrzywione. Ukajam sie. Kicham. Prycham. Drążę i dążę.

Bezsens mną jest.

Znasz mnie.

I zapadłam się. Wzruszona samotnością w obecności wielu innych jakże pokrzywdzonych przez los okrutny – zamarłam jak schłodzona stal szlachetna. Nie, nie jeste dobra w tym co robie, nie upatruję w sobie wzniosłych możliwości. Nie, nie stać mnie na lepszą wersję samej siebie. I zapadłam się ponownie. Szlochając do środka, utopiłam duszę w słonych łzach i krzyku łączonego z panicznym strachem, że przecież to już koniec mnie samej.

I chciałabym się odbić od dna bezkresnie niejasnego, mglistego i zbyt wilgotnego. Chciałabym, jednak ciąży mi poczucie trywialnego niespełnienia, wykluczenia, pogardy.

I co zrobić mam byś istnienia mojego już nie dostrzegał? Po co mi wszystkich oddechów suma? Po co mi świadomość trzymana kurczowo w zaciśniętej dłoni skłonnej do rozerwania serca na strzępy? Po co mi lustro w pokoju pełnym słów zniewolenia? Po co mi sukni kolekcje – tych jedwabnych, najlepszych? Po co mi instrumenty których obsługi już wcale nie pamiętam?

I znów spadłam. W spadaniu jestem naprawdę dobra. Upajam się zwątpieniem. Upatruje w sobie ponownie cierpienie. I nie, nie jestem dobra w żadnym z zawodów wykonywanych. Nie potrafię sama od siebie ucieć. Przecież to nie takie trudne by po prostu przestać istnieć. Och, depresja pod pudrem, kremem na zniewelowanie zaczerwienień, przyjemnym zapachem zakupionym w jednej z promocji sklepów internetowych.

I zapadłam się. Zmieniłąm punkt widzenia. Zwątpiłam, że kiedyś zdołam wyjśc z nory wciąż się zapadającej, zatęchłej.

Spokojnie. To tylko alterego. Wszystko jest dobrze. Potrzebuje tylko trochę się wyżalić. Wypłakać suchymi łzami. Wymodlić do boga nieistniejącego.

Dziękuje, że jesteś.

A muzyka.

Wszystko staje się nieco bardziej kralowe gdy słysze melodię w ucho. Gdzieś tam splata się ona z moją myślą. Gdzieś tam na dnie duszy miesza się z krwią. I już. Już jestem inna.

Ktoś mi powiedział, że przecież dobrze jest gdy jest dobrze bo jest dobrze jak jest dobrze. Zasępiłam się. Prawda to? Filozofka ze mnie żadna. Coś tam myślę. Coś tam czuje.

A muzyka nieprzerwanie gra i dudni mi w czaszce. Cholera, zawsze jest tak, że jak tylko skupiam dłonie nad klawiaturą to przechodzi mi potrzeba pisania. Jestem żadna.

A muzyka gra. 48:09 minut pykania o sufit moich myśli.